poniedziałek, 20 maja 2013

15.

Stwierdziłam, że mam nadzieję na młodą śmierć. To odkrycie bardzo mnie zaskoczyło, ale tak właśnie jest. Jestem przecież katoliczką, ciągle walczę ze sobą o to, by jak najmocniej kochać innych, i wiem, że kocham wciąż za mało i stale za późno (ks. Twardowski „Śpieszmy się kochać ludzi”). Świat bardzo potrzebuje miłości i powrotu do źródeł. Chciałabym dać z siebie jak najwięcej, ale męczę się. Tęsknię. Ufam. Czekam. Nie wiem, co będę robić po liceum, bo po co mi ta polonistyka, skoro wcale nie marzę o żadnym konkretnym zawodzie. Coraz częściej natomiast myślę o zamiataniu ulic. Z tych marzeń pozareligijnych? Chciałabym się zakochać, zakochać z wzajemnością, raz na zawsze, raz a porządnie. Nie wyobrażam sobie jednak siebie jako matki. Nie jestem do życia, nie umiem żadnej ludzkiej rzeczy, nawet oddychać nie umiem (Zbigniew Herbert „Ten Fortynbrasa”), więc często myślę, że moje istnienie jest żartem. Pisanie? Tak, to może być pomysł na przyszłość. Pomińmy nawet to, że średnio umiem pisać, to teraz nieistotne. Nie potrafię wyobrazić sobie pracy nad - dajmy na to - książką. Po lekturze „Ja” Martela z podziwem spoglądam w górę, by zobaczyć tych ludzi, którym udało się stworzyć 50, 100 czy nawet 200 stron. Na tych, którzy zapisali ich tysiące, nawet nie śmiem spoglądać. Zresztą ta woda te słowa cóż mogą cóż mogą książę (jw.).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz